Powered By Blogger

wtorek, 15 września 2015

Moja " medyczna podroz" kolejny part.....

Wrocilismy ,a zycie toczylo sie dalej z jego blaskami i cieniami...
Pewnego dnia Marul rzekl ,iz dosc tego. Definitywnie "cos" jest namacalnie w moim cycusiu i telefonicznie dokonal rejestracji do lekarza "pierwszego kontaktu". Zawleklam sie tam tzn zostalam zawieziona. 
Doktor Piter zbadal "sprawe" i powiedzial " Beata ,to nie jest nic czym powinnas sie martwic ,ale musimy to sprawdzic. Wysylam fax do szpitala ,a oni Cie wezwa i zrobia odpowiednie badania".
Wyszlam z mieszanymi uczuciami. Nadchodzil dzien moich urodzin i oto w przedurodzinowym terminie dostalam prezent w postaci ..... lotu do Portugalii dokladniej rzecz biorac do Lizbony! Madzia tlumaczyla ,iz miala obawy ,iz  gdzies dam "noge" , z Maroslawem z tad tez ten- przed prezent. Magdalena z Ema mialy tajny plan i oto stalam sie posiadaczka pobytu w stolicy Portugalii!! Nasz lot byl na 19 kwietnia do 23  mialysmy tam leciec we trzy! Dodam ,iz bylo to moje cieche marzenie ostatnich miesiecy. Jak widac nie do konca ciche ....Radosci mej nie bylo konca. Zrobilam maly "research" co.gdzie ,kiedy i juz sie cieszylam na to zdarzenie. Oczami wyobrazni widzialam nas w zoltym lisbonskim tramwaju nr 28!
Zeby radosci nie bylo dosc Magda wynalzala lekcje jogi na ktore mialysmy sie udac ,ale to juz w "naszym " kraju. 
Dostalam telefon ,ze szpitala.
Tam mamografia ,usg, biopsja i czekanie na wynik. Nie byl to fajny czas,chociaz jak pomysle to byl lepszy od tego czasu co nastapil po.... Marus mial wczesniej zakupiony bilet do Londynu na trzy  dni. Udal sie tam  w celu  odwiedzin wujka Michala. Mowil ,ze gdyby wiedzial ,to nie kupil by tego biletu. Ja stwierdzilam ,ze jaki sens jest dla niego  siedziec tutaj i czekac  ze mna na wynik . Do czasu kiedy bedzie wynik on juz bedzie z powrotem. Po wynik mial sie udac ,ze mna.
Ja "troche" o tym myslalam tzn o tym wyniku, ale tez wypieralam ,ze to nie moze byc cos  zlego i powtarzalam w mysli jak mantre slowa lekarza " to nie jest nic czym mialabys sie martwic" i tego sie trzymaj powiedzialam do siebie. Napisalam sobie pozytywna medytacje ,ktora przykleilam na lodowke i codziennie na nia zerkalam. Modlilam sie tez o "dobry wynik".
Podczas pobytu Marka w Londynie przyszly do mnie dziewczyny Magdalenka i Asia na winko i wrapy. Bylo wesolo sluchalysmy plyty z filmu " 50 twarzy Greya"/ prezent od syna Macieja jakze trafny /  i zawijalysmy wrapy popijajac winkiem. W glowie kelbily mi sie male czarne mysli ,ale z chwila gdy  wypuscilam  je na swiatlo dzienne dziewczyny uspokajaly mnie i mowily ,ze wszystko bedzie dobrze. Ja obiecalam sobie ,ze po odebraniu dobrego wyniku udam sie do mojej "szmacianej mekki - tk maxxu i zakupie najkolorowsza sukienke w jakiej posiadaniu jest ten sklep! Bedzie to szczesliwy dzien dla mnie i musze go przypieczetowac wielka radoscia ,a jak jest wielka radosc dla Beatki?????Rodzina, przyjaciele ,podroze, pichcenie , moda czyli szmatki.....



                                 
                                     Nasze Wrapowanie

                                     


                          Marus wrocil ,a ja dostalam telefon zeby przybyc po wynik. 
   
To byl piatek ,a jak  na ironie byl to "Daffodil day". Dzien walki z tym skorupiakiem.

                               A day to remember. #DaffodilDay #Cancer #Ireland #Irish
                Do szpitala udalam sie w asyscie Marula i Mikolaja- mlodszej pociechy. 
    Ubralam sie pomalowalam paznokcie na kolor czerwony zawinelam swoja nowa urodzinowa             torebke ( prezent od Ozden) ,kliknelam fotke na mojej czerwonej sciance i w droge.




    Wielu moich przyjaciol ,znajomych  i czlonkow rodziny czekalo na ten wynik razem ze mna.
    Taka juz jestem jak cos mnie trapi,czy weseli ,to wyrzucam to po zewnetrznej. 
    W szpitalu zameldowalam sie na recepcji,iz jestem. Poczekalnia pelna kobiet. 
    Widze polska pare, ta dziewczyna byla tego dnia w szpitalu kiedy  ja mialam robione badania.             Nie rozmawialysmy ze soba zorientowalam sie ,ze jest Polka gdy zostalo wyczytane jej imie i             zostala wezwana na badanie. Moja kolej nastapila pozniej.Tym razem ona byla przed mna.
    W poczekalni byl tlum, wiec za namowa recepcjonistki usiedzlismy sobie na zewnatrz poczekalni      ,gdzie tez byly miejsca siedzace. Czas dluzyl sie w nieskonczonosc minela godzina my nadal              czekalismy. Pomyslalam sobie ,ze chce juz dostac ten wynik ,wyjsc z tad i zapomniec o tym                miejscu. Zycie mialo jednak inny scenariusz dla mnie. Minal jakis czas i nagle wyrosla przede mna    wlasnie ta dziewczyna Polka i rzucila mi w twarz z nerwami ,iz ma raka piersi!!!! Ja poweidzialam ze lzami w oczach ,iz bardzo mi przykro to slyszec i ze nie wiem co powiedziec. Na co ona z pytaniem, co ze mna ? Odpowiedzialam, ze nie wiem gdyz w dalszym ciagu czekam. Ona na to ,ze pewnie bedziemy sie spotykaly,a na odchodnym dodala "oby nie". Ja sie rozplakalam i zaczelam sie martwic ,a czas oczekiwania sie wydluzal. Marus przytulil mnie mocno. Ja zadalam pytanie ,ze jak ona tak mogla? Rzucila mi w twarz swoja diagnoze doskonale wiedzac ,ze ja nadal czekam i nie wiem co ze mna .....Wrocila  po kilku minutach usiadla po przeciwnej stronie i przez telefon opowiadala na glos co i jak . Czyli ,ze ma raka piersi ,ze bedzie miala operacje, chemioterapie  itd Ja juz dluzej nie czekalam wstalam w krzesla i weszlam do poczekalni ,ktora sie juz toche odludnila i byly puste miejsca.
Za mna przywedrowal Marus i Mikolaj. Stwierdzilam ,iz to jest nieludzkie co ona mi  zrobila na ten czas oczekiwania. Zaczelam sie powaznie martwic ,a mysli kelbily mi sie w glowie.Minela druga godzina po czasie jaki mielismy sie stawic i zostac przyjeci i zadnych znakow i przeslanek ,ze ja to bede ta kolejna. Minely nastepne 30 minut poczekalnia byla juz prawie pusta. Marulek wstal i ruszyl zapytac o co w tym wszsytkim chodzi. Okazalo sie ,ze recepcjonistka zaniedbala swoja robote nie zglosila lekarzowi ,iz ja tam jestem i juz mieli za mna dzwonic.No koszmar!!! Przepraszali mnie ,ale co mi z ich przeprosin jak leb juz jak sklep.
Weszlismy do gabinetu ,gdzie byl moj doktor prowadzacy- doktor  (chirurg) i asystowala pielegniarka.
Chlopcy usiedli ,a ja zostalam poproszona za parawanik i odbylo sie badanie. Sprawdzil jak wyglada slad po biopsji. powiedzial ,ze wyglada dobrze i poprosil zebym sie ubrala. Z jego twarzy nie moglam nic wyczytac. Myslalam jak dobrze, to pewnie i wynik jest ok. Usiadl i poprosil ,zebym usiadla. Cos tam poserfowal po kompie i kierujac do mnie twarz oswiadczyl: Beata masz raka piersi ,ale jest to wczesne stadium, nie jest zlosliwy mamy dobre wyniki w leczeniu tego typu przypadkow itd. Ja struchlalam nie wiedzialam co powiedziec kompletny szok i brak emocji przez moment. Patrzylam przed siebie nie do konca rozumiejac co sie dzieje ? Marus spojzal na mnie i powiedzial - doktor powiedzial .... Ja na to ,ze ja wiem co on powiedzial,ale co moge zrobic?Zycie stanelo mi przed oczami. W glowie tetnilo "ja umre, nie wierze w to co uslyszalam , mam raka o rany!Co teraz? Co z moja rodzina? To okropne!Moje plany nasze plany- nie wierze! Dlaczego ja?!Poczulam sie w tym wszystkim samotna i zagubiona chociaz bylam w asyscie moich bliskich i kochanych. Lekarz przedstawil mi schemat leczenia ,ze najpierw wykonaja operacje usuniecia guza, pozniej radioterapia  i chormonoterapia gdyz z biopsji wynika, iz guz zawiera w sobie chormon. Wspomnial,ze moze chemioterapia ,kto wie? Beda wiedziec wiecej po usunieciu guza. To bylo przerazajace! Dla mnie ,ktora nigdy nie zaniedbywala kontroli i badan ginekologicznych. Tabletka byla ostatecznoscia zawsze probowalam przetrwac na naturalnych metodach w czasie gryp czy roznych rodzajach infekcji. Tabletki przeciwbolowe to byl moj wrog ,a teraz ten koles mi mowi takie rzeczy?!!! NIEEEEE! !!!!!!!Myslalam co on do mnie mowi?!!!To nie moze byc prawda. Doktor pozegnal sie z nami , zostawil w naszym towarzystwie siostre , kotra stala sie moja opiekunka w tej mojej "nieoczekiwanej podrozy". Kobieta okazala sie bardzo przyjemna, pomocna i ciepla osoba. Przedstawila nam kolejny  raz  etapy leczenia. Zaptalismy ja co mamy zrobic z naszymi planami wyjazdowymi. Ja mialam trip do Lisobony z dziewczynami i mielismy juz zaplanowane rodzinne wakacje . Natychmiast chcialam wszystko kasowac. Sharon powiedziala ,zebysmy na razie nie podejmowali zadnych decyzji ,zebysmy spokojnie to przemysleli. Jesli chcemy kasowac loty czy co tam mamy do kasowania ,to ona sluzy pomoca i wypisze nam stosowne dokumenty odnosnie diagnozy i leczenia na ktorych podstawie dostaniemy zwrot gotowki. Wreczyla mi swoja wizytowke i powiedziala ,ze jesli najda mnie  jakiekolwiek pytania czy watpliwosci to mam do niej dzwonic ,a ona postara sie wszystko wyjasnic. Powiedziala ,ze jak beda znali termin operacji to dam mi znac. Przypuszczalna  date podala  na 21 kwietnia byl 27 marca czyli ok miesiaca ,ale przed mna byly liczne badania i przeswietlenia. Pierwszym z nich bylo badanie krwi. Zapytala mnie czy jestem w stanie to zrobic dzis czy innym razem. Rozumiala ,ze to bylo za duzo jak na jeden dzien.  Oswiadczylam ,ze tak moge sie poddac badaniu krwi dzisiaj skoro juz tu jestem. Chicalam zaczac juz teraz ,a najlepiej zeby mi to "cos" wycieli juz dzisiaj! Pomyslalam im szybciej tym lepiej. Poza tym chcialam tu przebywac jak najkrocej sie da. Opuscilismy gabinet ,a wtedy wybuchlam placzem....Mikolaj i Marulek przytulili mnie i powtarzali ,ze bedzie dobrze. Zeszlismy na dol do laboratorium tam znow poecialy mi lzy. Siositra ,ktora  pobierala krew powiedziala ,zebym sie nie martwila ,bo jestem w bardzo dobrych rekach. Malo pocieszajace to bylo dla mnie w tym momencie. W drodze ze szpitala pojechalismy na zakupy trzeba bylo uzupelnic lodowke. Na zewnatrz sklepu stali wolontariusze i zbierali jak nie trudno zgadnac na pomoc chorym na raka. Stalismy w kolejce do kasy ,a moje oczy zaszly lzami. Opuscilam sklep ,zeby sobie poplakac za mna poszedl Mikolaj i przytulil mnie mocno przypominajac slowa leakarza ,ze prognozy sa dobre ,ze guz jest niezlosliwy itd. Ja tego tak nie widzialam w tamtym momencie. Dostalam telefon  od siski ,ze wszystko bedzie dobrze ,ze musi byc . Agusia tez czekala ze mna na ten wynik  i wspierala jak mogla nawet deklarowala sie ,ze moze ze mna do szpitala ,ale odwiodlam ja od tego pomyslu. Ja mialam juz dwoch facetow ze soba ,a i nie chcialam narazac na jakies infekcje czy choroby w jej stanie czyli w zdrowej ciazy.Wrocilismy do domu w domu byl Maciek z Ola. Mikolaj oswiadczyl mu co i jak. Byl w szoku nie mogl uwierzyc jego dziewczyna sie poplakala. Zostalo mi poinformowac dalszych bliskich z rodziny ,przyjacil ,znajomych.
Czulam sie strasznie nadal nie mogac uwierzyc w to co uslyszalam w szpitalu. 
To bylo ciezkie.
Zadzwonila Magda z pytaniem co i jak? Mowie nie jest dobrze jak chcesz to przyjdz.Magda na to ,ze polozy mala i przyjdzie i co ma przyniesc? Mowie- winooooo!!!! Jak powiedzialam tak zrobila.
Bylo wiono ,a pozniej jeszcze resztki  alkoholowe z bialej witrynki poszly w ruch.Marus nie mial zadnych sprzeciwow wiedzial, ze tak czasami trzeba. Zalac robala ,a robal byl wieki tym razem. Wypilysmy Bozonardzeniowe wino! Splakalysmy sie we dwie. Zadzwonila Ozden pytajac co z wynikiem. Obiecalam jej ,ze dam znac jak tylko otrzymam wynik ,ale po tej informacji raczej nie mialam mocy nie bylo sie czym cieszyc.
Pocieszala ,ze rokowania sa dobre i mam sie trzymac nie poddawac ,ze jest ze mna kocha ,wspiera itd
Wiekszosc ludzi poinfromowalam tekstami nie chcialam ogladac ich przestraszonych twarzy.Chcialam im dac czas na oswojenie sie z ta wiadomoscia. Odpowiedzi przychodzily w tempie ekspresowym z checia niesienia pomocy.
Tego wieczoru poszlam spac na" winowej bance", Rano sie obudzilam z bolem glowy....kac....tak...oj nie!!!! To nie byl sen!!! Ja mam raka!!!

Byl bol ,zal, rozgoryczenie,szok,zaprzeczenie ,niedowierzanie,gniew ,a pozniej przyszla akceptacja i nadzieja
Nadzieja jest pozytywnym oczekiwaniem. Oczekiwaniem ,ze zachowam zycie.
Moim glownym zrodlem wsparcia stal sie moj dom, zreszta zawsze byl .Nowotwor dotyczy rodzin ,a nie tylko bezposrednio chorych.Marus automatycznie stal sie czescia "tej przygody". Dla niego bylo jasne ,ze musimy to przejsc bez dwoch zdan i przejdziemy to razem. Mikus wydoroslal niemalze z dnia na dzien. Towarzyszyl nam na kolejnych wizytach ,lekarskich konsultacjach niekiedy zawalajac szkole.
Chcial byc blisko i byc obecny w tym wszystkim. Z czasem jak moj szok z lekka ochlonal powoli odsunelam go od szpitalnych spraw i prosilam ,zeby skupil sie na szkole . Stwierdzilam ,ze zycie toczy sie dalej mam tate przy boku, a on  nie moze opuszczac zajec w nieskonczonosc.
Maciej przyjal postawe bierna. Nie chcial rozmawiac o mojej chrobie i unikal tematu. Z kolei ja nie moglam o niczym innym rozmawiac jak o mojej chorobie. Bylam przerazona chcialam wyrzucac te swoje uczucia i w ten sposob zaznac spokoju.Denerwowala mnie ta jego postawa. Doszukiwalam sie w jego zachowaniu braku uczuc. Tak sobie mysle ,ze to byla jego obrona przed tym wszystkim.
Przyjaciele i znajomi stali sie wspanialym zrodlem wzmocnienia. Otrzymywalam checi niesienia pomocy od wielu ludzi nawet tych niezbyt mi bliskich. Splywaly kartki ,kwiaty, upominki. To wszystko bylo bradzo mile i pomocne.Moj kazdy dzien zaczynal sie od niezliczonej ilosci ikonek na moim telefonie z zapytaniem "jak sie mam"?
Po tym jak juz nadeszla akceptacja zaczelam rozumiec ,ze nikt z nas nie zyje wiecznie i ze kazdy dzien i chwila to dar od Boga. Stalam sie bardziej swiadoma zycia. Zmienila sie lista moich priorytetow. Stalam sie wrazliwsza na kolory zycia ,jego zapachy .Chociaz nigdy nie watpilam w milosc mojej rodziny do mnie ,to teraz dowiedzialam sie jak bardzo jestem kochana przez nich i jak wiele dla nich znacze.Bylam z lekka pijana zyciem.Jawilo sie ono inaczej zaczely mnie cieszyc drobnostki ,obrazy dnia codziennego ,ktorych w natloku codziennych spraw nie zauwazalam.
Za namowa Magdalenki zaczelysmy uczesczac na lekcje jogi , ktore bardzo mi w tym czasie pomogly. Pamietam pierwsze zajecia.  Nauczycielka Lisa wiedziala o mojej chorobie ,gdyz w chwili rejestracji telefonicznej  pytala Madzie ,czy mamy jakies zdrowotne problemy. Goraco zachecala ,zebym przyszla ze to sa zajecia dla mnie. Tak tez zrobilam niewiele czasu mi pozostalo ,gdyz wiedzialam ze po operacji nie bede wstanie w nich uczestniczyc.Lisa przyjela mnie bardzo cieplo.
Lekcje zaczynaja sie od przedstawienia sie z imienia i opowiedzenia w jakim nastroju sie znajdujemy. Przedstawilam sie ,ale wiecej nic nie moglam powiedziec -lzy polynely mi strumieniem. Powiedzialam ,ze czuje strach .To bylo dopiero trzy dni po otrzymaniu diagnozy czyli zbyt swieze. Lisa powiedziala : Beata strachu nie ma to my kreujemy strach . Widzimy sytuacje jakie nie istnieja.  Placz powiedziala  i  poczulam, ze te lekcje jogi zadedykowala mi .Nawet doswiadczylam przyjemnej niespodzianki. Mianowicie na pytanie, czy ktos ma jakies muzyczne zyczenie nikt sie nie odezwal ,wiec Lisa zadecydowala sama. Puscila utwor muzyczny  piosenkarki Niny Simon - Feeling Good! To bylo niesamowite ,gdyz byl to nowo odkryty song  i stal sie moim ulubionym.  Pasowal do mojej zyciowej sytuacji jak ulal. Slowa zaczynaja sie od tego i z jest nowy poranek, nowy dzien ,nowe zycie dla mnie i tak tez bylo to bylo nowe moje "ja".Utwor muzyczny przpiekny.
Nie moglam uwierzyc ,ale na koniec zajec jogi zaczelam sie usmiechac, a wraz z cwieczniami uszedl caly ciezar z moich plecow jaki mnie dopadl.


Zadecydowalismy z Marusiem wspolnie ,iz wakacje rodzinne i moj lot do Lisbony trzeba odlozyc na "lepszy czas"czyli najokrutniej rzecz mowiac- skasowac!! To dla nas wszystkich bylo bardzo oczywiste w tym momencie.Nikt nie mial watpliwosci ,ze tak trzeba. Emie i Madzi zaproponowalam ,zeby polecialy beze mnie zrobily rozeznanie w terenie ,a jak ja juz dojde do siebie to polecimy razem ,a one beda moimi pilotkami wycieczki. Madzia probowala mnie naklonic do zmiany daty ,ze polecimy "po" wszystkie razem. Ja mowie jakie "po" jak ja nawet nie wiem jak i kiedy to "po" nadejdzie. Ema powiedziala ,ze ona nie leci ,ze bedzie tu na miejscu dla mnie kiedy bede jej potrzebowala.
Dni nastepowaly jedne po drugich ja pracowalam nadal ,to byla jakiegos rodzaju terapia dla mnie w tamtym momencie. Jak bylam zajeta praca to nie myslalam tak intensywnie o tej calej sprawie chorobowej. Mialam przed soba kilka przeswietlen,ktore nalezalo zrobic przed operacja i sprawdzic czy gad sie nie umiejscowil w innych miejscach. Mialam numer telefonu do swojej pielegniarki ,gdzie dzwonilam  z lista pytan. Musialam sie zaglebic w historie swojej choroby. Poczytac ,poszukac informacji itd . Nie zawsze bylo to dobre dla mnie ,ale jakas wiedze posiasc nalezalo dla wlasnego dobra ,zebym wiedziala o czym mowa. Tym bardziej ,ze wiadomo jezyk angielski to nie moj pierwszy jezyk wiec trudnosc podwojna. Musialam przyswoic medyczne zwroty zwiazane z moja choroba.
Dni mijaly ja dzwonilam z lista pytan do swojej Pani pielegniarki i przez przypadek dowiedzialam sie ,ze termin operacji to 27 kwietnia, a nie 21 jak wspomniala jej zastepczyni.  Ocho, pomyslalam jest swiatelko w tunelu.....moze uda nam sie poleciec do tej Lisbony.?Marus powiedzial ,ze jest jak najbardziej za ,zebym odpoczela i zebrala sily ,bo beda mi potrzebne. Mialam mase watpliwosci ,gdyz czekaly mnie jeszcze przeswietelnia ,a terminow jeszcze  nie bylo.
Kolejnego poranka otworzylam oczeta sprawdzilam poczte , a tam terminy przeswietlen 15  i 16 kwietnia -idealnie .Pomyslalam ....a na jaka cholere mam tu siedziec ,zamartwiac sie  i czekac na noz?JADE<LECE<FRUNE. Szybki tekst do Madzi ,czy nasze loty nadal aktualne? Odpowiedz brzmi druzgocaco: Loty tak nadal widnieja, ale wlasnie przed godzina  skasowalam hotel. Nastepny part brzmi cudownie: Nie martw sie zaraz tam zadzwonie i sprobuje cos zalatwic. Okazalo sie ,ze nasze pokoje juz sprzedane ,ale sprytna Madzia juz wynalazla hotel troche drozszy ,ale blisko centrum ze sniadankami!Wszystkie sie ucieszylysmy na ten news!!!!
Przeszlam wszystkie przeswietlenia i bylam gotowa do drogi!!!!!Marusia miala odwiedzic w tym czasie sister z Londynu -Renata ( tak nas zdmuchnelo w rozne zakatki),to sie ucieszylam ,ze bedzie mial towarzystwo.haa) .Cala rodzinka sie cieszyla ,ze moge poleciec i miec dobry czas.




                 " Jest tylko jedna droga do szczescia -        przestac sie martwic rzeczami ,  na ktore nie  
                             masz wplywu ."
                









    



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz