Wracam na strony bloga. Mialo go juz nie byc z podstawowej przyczyny " brak czasu".
Aktualnie mam wiecej czasu .ale ciezko bylo mi sie pozbierac i zaczac.
Zaczne od poczatku na tyle na ile pamiec mi pozwoli.
Marus "wylapuje,wymacuje?" w jednej z moich piersi guza. Ja uskuteczniam "macanko" swojego cyculka i ....no cos jest. Bagatelizuje ,to mowie moze jakis tluszczak czy cos w tym rodzaju? Z tych niegroznych "tworkow" ,ktorych nie nalezy sie obawiac. Lekki strach zaglada mi w slepki. Mowie w styczniu lecimy do Polski rutynowa wizyta wszystko wyjasni.
Trafiam na fotel bynajmniej nie lotniczy w gabinecie ginekologicznym w Polsce. Mam obawy i nie wiem dlaczego tzn wiem :ze strachu , iz moge dowiedziec sie "cos strasznego"postanawiam nie mowic lekarce co mnie trapi, a tym samym przetestowac jak dobrym lekarzem "ona" jest. Jestem jej pacjentka od dobrych 8 lat. Badania ogolne: usg, wymaz i czas na cycki.
Bada recznie oznajmiajac ,ze wszsytko w najlepszym porzadku ,a na wynik wymazu standardowo czekamy. Wychodze z gabinetu glupio uradowana ,ze wszystko w jak najlepszym porzadku i udaje sie z siska na obiad. Ostatni przed naszym powrotem do domu. W glowie mi sie klebi ,ze moze powinnam jej powiedziec ,ze cos tam jest wyczuwalne .....ale po jakims czasie wypieram to z glowy i jest "ok". Glupota!!!!!! To ja co wysmarowalam w jednym z poprzednich postow jak to nalezy dbac o siebie w tej kwestii ,bo tu liczy sie czas itd. Zachowalam sie zupelnie inaczej niz powinnam.
Wracamy do Irlandii pelni radosci ,gdyz pobyt byl milusny zobaczylismy sie z czlonkami rodziny. Byl cyganski objazd po rodzince i upragniona zima o ktora sie modlilam szczerze jak dziecko ,zeby tak zobaczyc snieg.
Mis, ktory widzial wiele ,ale miliona nie wygral!
Hala pokazujca dziadziowi nowa tworczosc.
To moje ulubione" Lusia Sni"
Wpusc mnie.......
Kilka rzutow na dom. Za kazdym razem ,kiedy tam jestesmy rece same mi leca do kamery ,zeby uwieczniac ,uwieczniac i jeszcze raz uwieczniac. Mamy malo takich rodzinnych chwil z racji ,ze mieszkamy tam ,gdzie mieszkamy. To jest to "cos" co utracilismy decydujac sie na zycie w Irlandii.
Trafil mi sie prezent - srebrna suknia!!! juhu!!!
Po tej krotkiej wizytacji udalismy sie pociagiem do Jeleniej Gory do mojej tesciowej Lidii i ukochanej Mamy Marulowej.
Tam odwiedzilam:
Pania Bozenke kosmetyczke
Pania ginekolog,
Pania Anetke dentystke
Pana kosmetologa od laserow
Po wizycie u dentysty z siska Ewula i jej Marolem. Bartolem i Ola i mala Maja udalismy sie do Karpacza ,gdzie snieg jest na pewno i zahaczylismy o Kowary . Miejsce ,gdzie sie urodzilam i spedzilam duza czesc swojego doczesnego zycia.
Karpacz nas nie zawiodl ,byl przykryty sniegiem i bylo cudownie.
Z Karpacza ogrzewajac sie kawusia i dosladzajac ciasteczkami, a panowie czyms mocniejszym...
Pomknelismy w strone Kowar.
No to cyk!
Tu odwiedzilismy Muzeum Gornictwa w Kowarach i posluchalismy ciekawych historii. Pani miala niewyczrpana wiedze na temat Kowar. Niestety czas nas gonil.
Marul gornik!
Ola i Bartolini z Maja
Kowary w starym wymiarze. Po lewej dom w ,ktorym sie urodzilam. Teraz wyglada to "troche" inaczej. Mnie sie podoba ,ta starsza wersja.
Tutaj stary nieistniejacy niestety kosciol. Splonela taka dostojnosc. Po lewej kawalek Szkoly Podstawowej nr 1 do ,ktorej uczeszczalam.
Oto oryginalne stroje Kowarzan! Podobaja mi sie. Niestety nie ma mozliwosci odtworzenia takiego stroju ,bo ja doszycia lewa...ale chuscine taka to sobie sprawie jak przystalo na Kowarzanke i z duma bede ja nosila.....Obwachalismy jeszcze kilka kowarskich katow, ktore wygladaly calkiem inaczej niz je zapamietalam i wszsytko jawilo sie jakies male.
Po tej zimnej wycieczce pojechalismy do Jeleniej Gory ,gdzie Sisi z rodzinka zorganizowala dla Nas Wigilie!!! Tak, Wigilia w styczniu ,a niby dlaczego nie? Byly polskie Wigilijne dania, podane na przepieknej Boleslawieckiej zastawie.
Zrobilo nam sie cieplo w serduszkach i w brzuszkach tez. Czekala tam na nas choinka cudna kolorowa ,a pod nia .....prezenta!!!Dzien byl naprawde udany milo bylo sie spotkac i nacieszyc soba.
Kolejny dzien kolejna wycieczka kierunek Mirsk! Ciocia Olga i wujek Zygmunt!
Milo bylo ich zobaczyc zdrowych i radzacych sobie z codziennoscia. Nastepny przystanek
Boleslawiec - dom Kasi i Ziutka.Ola ze swoimi malenstwami przybyla rowniez.
Mala Hania
Duza Ola- mamuska
Adas troche wiekszy od Hanulki.
Tam goscinnie baaardzo bylo stol nakryty boleslawiecka porcelana jak na Boleslawian przystalo.
Daniom i przysmakom nie bylo konca. Kasia jak to moj mlodszy Mikolaj opiniuje - Jest najlepsza kucharka z rodziny! No nie wiem co powiedziec? Przeciez reszta kobiet z rodziny ze mna na czele , tez gotuje baaardzo smakowicie........aaaa nie bede deliberowac z Mikolajem, bo to szczera prawda jest.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Przyszedl czas na odwiedziny zmarlych.
Smutne to ,ale to part naszego zycia ,ze kiedys trzeba bedzie powiedziec "zegnam"
Ponizej juz kilka migawek z naszej Jeleniej Gory










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz